Aktualności

0 0
Kłosuj Komentuj Ulubione

Wyjątkowa Chata na Końcu Świata!

Malowniczo położone gospodarstwo państwa Eli i Piotra Nowaków to miejsce, gdzie można chociaż na chwilkę zatrzymać czas, odpocząć i zakochać się w wysokich górach. Zapierające dech w piersiach widoki z domu położonego niemal 900 merów nad poziomem morza to dopiero wstęp do atrakcji oferowanych przez gospodarzy. 

Państwo Nowakowie zanim otworzyli swoje progi dla gości musieli zmierzyć się z ogromną stratą. Rodziny dom pana Piotra w miejscowości Wilkowice w Magurce Łodygowickiej doszczętnie spłonął. Niemal 100-letni drewniany, zbudowany z bali budynek pochłonęły płomienie po sylwestrowej zabawie.
    - Teść prowadził tam agroturystykę, miał gości, którzy tak mocno rozpalili w kominku, że wychył pożar – opowiada pani Ela. - Nic nie udało się uratować, jedynie mały drewniany krzyżyk, zupełnie nietknięty płomieniami spadł ze spalonej ściany prosto do ręki strażaka. Tylko to nam zostało. 

    Teść państwa Nowaków w tym czasie planował przekazać dzieciom gospodarstwo. Niestety zamiast domu małżonkowie dostali zgliszcza. Odbudowanie domu, który był nie tylko miejscem zamieszkania, ale też symbolem historii i tradycji rodzinnej kosztowało wszystkich ogromny wysiłek. 

- Zapadła decyzja o odbudowie, lekko nie było – wspomina gospodyni. - Tak wysoko w górach już nie można budować nowych domów, jedyna opcja to remont lub odbudowa. My dostaliśmy pozwolenie na wybudowanie dwóch domków na zgłoszenie, żeby mieć gdzie mieszkać po pożarze.

 Dom z widokiem jak z bajki
 To wyjątkowe miejsce, malowniczo położone. Z gospodarstwa jest piękny widok na Babią Górę, z Babiej Góry na Pilsko a pośrodku pomiędzy są Tatry. U stóp gór widać Jezioro Żywieckie. Te krajobrazy zapierają dech w piersiach.  Czy można było zatem zdecydować inaczej?

    - Zmobilizowała się cała rodzina, ale już na początku odbiliśmy się od biurokratycznej maszyny – wspomina pani Ela. - Nie dostaliśmy od razu pozwolenia na odbudowę. Zgodnie z przepisami droga, którą latami dojeżdżali do domu nasi przodkowie i my, nie miała statusu prawnego. To nas zablokowało na cztery lata. Walka w sądzie o służebność drogi zakończyła się na szczęście sukcesem. W końcu dostaliśmy pozwolenie.

Dom spalił się w styczniu 2010 roku, odbudowa ruszył w 2015 rok. Rok później państwo Nowakowie się do niego przeprowadzili i jeszcze go wykańczali. 

- Nasi przodkowie są tutaj od 1830 roku opowiada gospodyni  -  Na tych ziemiach było księstwo łodygowickie. Przodkowie męża wypasali po górach owce, kozy, krowy – nazywano ich dzidami. Łodygowski pan nadał im ziemię, żeby mogli się osiedlić. Dla nas to historia i tradycja, dlatego chcemy, żeby to miejsce trwało i było w rękach rodziny. Mamy trzech synów, którzy pomagali przy odbudowie domu.  Teraz są w takim wieku, że zakładają  swoje rodziny, ale przyjeżdżają, pomagają… to tez ich przyszłość.

Drzwi szeroko dla gości otwarte 

 W gospodarstwie jest miejsce dla 22-24 przyjezdnych. 

- W zasadzie moglibyśmy przyjmować ich cały rok, ale zimą trochę się ograniczamy z przyjmowaniem gości ze względu na dojazd – zdradza pani Ela. - To są wysokie góry, nie jest to Szczyrk czy Wisła. Podjazd do naszego domu o tej porze roku to nie lada wyzwanie. Trzeba mieć łańcuchy na koła, odpowiedni samochód, najlepiej z napędem na dwie osie. Jak ktoś już zdecyduje, że chce być u nas zimą, musi być o tym poinformowany i się przygotować. Największe obłożenie mamy latem i jesienią.

 Czym chata bogata. 

Gospodarstwo  „Chata na Końcu Świata” słynie jednak nie tylko z pięknych widoków i położenia, ale również z swojskiego chleba i serów, które z pasją robi gospodyni. 

  - Zaczęło się od wypiekania chleba, który słynie już w okolicy – opowiada pani Ela. - Robię też sery od 10 do 12 gatunków. Najpierw były owcze, teraz są kozie. Częstujemy nimi gości. Można je też u nas kupić. 

Pani Ela żadnego sera się nie boi. Wszystkie rodzaje, które można kupić w sklepie robi w domu - bunce,  mozzarellę, oscypki, camembert, fetę, sery bałkańskie, greckie. 

- Byłam nawet na specjalnym szkoleniu w tym temacie – wspomina. - Próba za próba i się nauczyłam. Żeby robić sery z owczego mleka trzeba mieć tych owiec bardzo dużo, a my nie mamy takiej możliwości, ani obory. Dlatego hodujemy kozy, które dają więcej mleka, jedna nawet do 10 litrów dziennie.

Ile z tego będzie sera? Zaskakująco niedużo. 

 - Z 10 litów raptem kilogram takiego prostego sera sałatkowego – dodaje gospodyni. - A jak robię sery twarde, dojrzewające to wyjdzie ich z takiej ilości mleka jeszcze mniej – tylko 60-70  deko. Ser to duży pochłaniacz mleka. 

Chleb i sery to nie wszystko. 

- Mamy również własne  przetwory – opowiada gospodyni. - Prowadzę ekologiczny bio ogród, z którego mamy owoce. Jest też warzywniak ze szklarniami. Dla siebie i na poczęstunek robimy również własne piwo, ponoć bardzo dobre, jak twierdzą goście. Robimy własne wyroby wędliniarskie, paszteciki, kiełbaski, szyneczki, boczki.

 Pracy jest „po pachy” 

Cały ośrodek to aż trzy hektary ziemi. 

    - Sami z mężem przy tym pracujemy\y – opowiada pani Ela. - Próbowaliśmy kogoś zatrudnić do pomocy, ale trzeba byłoby dowozić taką osobę z dołu, a to już powoli przestaje się opłacać. No i to nie jest taka praca na 8 godzin. To często cały dzień rożnych zajęć. Mało komu coś takiego odpowiada.

W górach na takich wysokościach nie jest łatwo. 

    - My tutaj musimy walczyć o wodę – dodaje właścicielka gospodarstwa. - Nie ma wodociągów tylko studnia. Mieszkamy pod szczytem, więc jak jest dłużej sucho to studnie wysychają. Musimy mieć zbiorniki, które  magazynują wodę. A żeby ona nadawała się do picia musimy mieć również stacje jej uzdatniania.  Nie ma kanalizacji, mamy swoje ekologiczne oczyszczalnie, ale ktoś musi od czasu do czasu przyjechać i to opróżnić. Do ogarnięcia jest również półtora kilometra prywatnej drogi. Trzeba ją utrzymać i zadbać, żeby była przejezdna.

Dzikie zwierzęta też potrafią dokuczyć miejscowym. 

 - Bywa, że narobią bałaganu. Dwa lata temu odwiedziła na jeleń, przeskoczył ogrodzenie i zjadł 50 główek kapusty, rzodkiewki, kalarepy. Zapasy, które miałam mieć na zimę zniknęły w dwie noce. Jastrzębie polują na nasze kury – wylicza pani Ela. 

Plusy i minusy są jak wszędzie. Ale w górach łatwiej się wyciszyć, jest spokój. 

- Nawet w tej pracy można odpocząć, nie ma psychicznego zmęczenia – zapewnia gospodyni. - Zasadniczo dedykujemy wypoczynek w ciszy i spokoju, z dala od zgiełku i pośpiechu, ale zdarzają się imprezy rodzinne czy firmowe.  Jednak staramy się, by wzajemnie nie kolidowały.

Ostatnio uruchomiliśmy balię i saunę. Widok z bali na rozległą okolicę Żywca i jeziora w tle, z widokiem na Tatry, czy tysiącem świateł w nocy, jest też wspaniałym przeżyciem. Myślimy o podnoszeniu jakości naszych usług.

Satysfakcja gości jest ich priorytetem i najlepszą gwarancją na przyszłość.

 - Często jesteśmy pytani, co jest dla nas  najtrudniejsze? Odpowiedź jest jedna - to biurokracja. Mamy zakaz odnawialnych źródeł energii, a konserwator zabytków chciał nam zablokować wjazd na działkę, wstawiając okopy, których tam nigdy nie było.

Co jest najważniejsze w agroturystyce? 

- Satysfakcja gości. Dla nas to również przyjemność spotykać wielu ciekawych i miłych gości, i tylko takich sobie życzymy – dodaje z uśmiechem gospodyni.

Na koniec tajemnica ich siły do działania.    

- To wiara, że drewniany krzyż, który był w domu i przetrwał pożar, jest znakiem, iż mimo trudności każdy z nas ma wyznaczone zadanie i powinien je realizować najlepiej jak potrafi – mówi pani Ela. - Serdecznie zapraszamy do odwiedzenia naszych skromnych progów!

 

Redakcja mojaWieś ..

Udostępnij na facebook!

Przeczytaj również wszystkie artykuły z kategorii >

„Muzeum na obcasach” w Muzeum Zamoyskich w Kozłówce

Spotkania kobiet mają w sobie szczególną siłę – są przestrzenią, w której codzienność splata się z historią, doświadczenie z inspiracją, a tradycja z nowoczesnością. Takie właśnie było tegoroczne świętowanie Dnia Kobiet podczas wydarzenia „Muzeum na obcasach” w Muzeum Zamoyskich w Kozłówce – pełne ciepła, uważności i piękna w najróżniejszych jego odsłonach. Pałacowe wnętrza na jeden dzień stały się miejscem wyjątkowego spotkania – nie tylko z historią, ale przede wszystkim z drugim człowiekiem. Opowieści o dawnych zwyczajach, modzie i codziennym życiu kobiet pozwoliły spojrzeć na przeszłość z nowej, bardziej osobistej perspektywy. Program wydarzenia był bogaty i różnorodny, a każda jego część wnosiła coś unikalnego. Uczestnicy mogli wziąć udział w warsztatach palm wielkanocnych prowadzonych przez Małgorzatę Danilkiewicz, a także w warsztatach florystycznych, które pozwalały tworzyć piękno z natury. Niezwykłym doświadczeniem był również „Podwieczorek u Anieli” prowadzony przez Magdalenę Pilsak – spotkanie przy herbacie, pełne rozmów i atmosfery dawnych czasów. Dużym zainteresowaniem cieszyły się pokazy mody, które przenosiły widzów w różne epoki. Pokaz mody powojennej, przygotowany przez modelki z Klubów Seniora z Niedźwiady, Tarła i Zabiela pod kierunkiem Oliwii Kaczmarzewskiej, z udziałem gościa specjalnego Kamila Strużka, ukazał elegancję i codzienność tamtych lat. Równie poruszające były pokazy mody XIX-wiecznej – zarówno w wykonaniu Skrobowianek – Koła Gospodyń Wiejskich w Skrobowie pod opieką Karoliny Wilkowicz, jak i grupy „Zakochani w Nałęczowie”. Wydarzenie wzbogacił także występ Kamila Strużka, który nadał spotkaniu artystycznego charakteru i podkreślił jego wyjątkową atmosferę. Uczestnicy mogli również wziąć udział w spotkaniu „Sztuka prowadzenia domu”, prowadzonym przez Katarzynę Kot – refleksji nad codziennością, która w kobiecym wydaniu staje się sztuką samą w sobie. Nie zabrakło także zwiedzania tematycznego „Pałac Zamoyskich oczami kobiet”, które pozwoliło odkryć historię miejsca z bardziej wrażliwej, pełnej emocji perspektywy. Takie wydarzenia pokazują, jak ważne są przestrzenie budowane wokół kobiecej energii – otwartej, twórczej i wspierającej. To właśnie w nich rodzi się wspólnota, w której każda historia ma znaczenie, a każda osoba jest wysłuchana. Spotkania te przypominają również, że kobiecość ma wiele wymiarów – od codziennych obowiązków, przez pasje i talenty, aż po rolę, jaką kobiety odgrywały i odgrywają w historii. „Muzeum na obcasach” to także piękny przykład współpracy i zaangażowania wielu środowisk. Dzięki obecności i wsparciu lokalnych grup, twórców oraz pasjonatów możliwe było stworzenie wydarzenia, które nie tylko zachwycało programem, ale przede wszystkim budowało relacje. W czasach, gdy tak wiele uwagi poświęcamy pośpiechowi i obowiązkom, takie spotkania przypominają o tym, co najważniejsze – o potrzebie bycia razem, dzielenia się doświadczeniem i czerpania radości z prostych chwil. Są ważne, bo wzmacniają. Są piękne, bo prawdziwe. I dlatego zapraszam Państwa do Muzeum Zamoyskich w Kozłówce! Sylwia Skulimowska  *Zdjęcia i informacje o wydarzeniu Muzeum Zamoyskich w Kozłówce: https://www.facebook.com/share/p/1C9MykMyaQ/ Czytaj dalej

Seniorzy z miasta na wsi u rolników – dwa tygodnie wspólnej pracy zamiast samotności

W ramach pilotażu projektu „Rezydencje dobrostanu” samotni seniorzy z miasta spędzają dwa tygodnie w rodzinnych gospodarstwach rolnych. To nie wakacje ani opieka wytchnieniowa – seniorzy stają się częścią życia rodziny, pomagając przy ogrodzie, zwierzętach, uprawach szklarniowych czy porządkach w sadzie.​ Autorzy i program Innowację stworzyli – Celina Maciejewska, łódzka psycholożka, jednocześnie rolniczka i miejska rzeczniczka ds. seniorów wraz z osobą dojrzałą – Jagodą Kropidłowską. Projekt realizowany jest w ramach „Generatora innowacji. Sieci wsparcia 3” – programu testującego nowe rozwiązania na rzecz poprawy jakości życia osób starszych.​ Jak to działa? Dziesięciu seniorów trafi do dziesięciu gospodarstw (głównie prowadzonych przez aktywne społecznie rolniczki). Przed pobytem obie strony poznały się na całodniowym szkoleniu integracyjnym, gdzie dopasowano pary. Praca jest realna i dostosowana do możliwości – od zakładania ogródka po karmienie zwierząt.​ Badania (poziom kortyzolu, dopaminy, testy psychologiczne) sprawdzą, czy pobyt poprawia dobrostan seniorów. Pobyty ruszą po Wielkanocy, raport końcowy – do końca maja. Sukcesem tego projektu będzie jego upowszechnienie szerokiemu gronu odbiorców, ale najważniejsze są relacje jakie się nawiążą.   Seniorzy na wsi, rolniczki i rolnicy w roli gospodyń i gospodarzy Kiedy pani Jagoda opowiada o swoim marzeniu, brzmi to bardzo zwyczajnie: „Chciałabym pojechać na wieś, popracować chwilę w ogrodzie, wśród zwierząt. Tylko… nie mam z kim i dokąd”. To zdanie wypowiedziane przez osobę aktywną, śpiewającą w chórze, uczęszczającą na zajęcia dla osób starszych – stało się jednym z impulsów do stworzenia projektu „Rezydencje dobrostanu”.​ O projekcie opowiada Celina Maciejewska, jego współautorka, łódzka psycholożka, rolniczka i jednocześnie miejska rzeczniczka ds. seniorów, która od lat żyje jedną nogą w świecie miejskich seniorów, a drugą w realiach rodzinnego gospodarstwa.​ Dwa tygodnie na wsi zamiast opieki wytchnieniowej Idea „Rezydencji dobrostanu” jest prosta: senior z dużego miasta na dwa tygodnie wprowadza się do czynnego gospodarstwa rolnego. Nie przyjeżdża tam na wakacje ani do domu opieki wytchnieniowej, gdzie spędza kilka godzin dziennie na obserwowaniu zajęć gospodarzy. Przyjeżdża po to, by zostać częścią rodziny rolników – razem z nimi żyć, jeść, rozmawiać i pracować.​ – Od początku bardzo jasno mówiliśmy: to nie jest agroturystyka, to nie jest terapia, gdzie senior siedzi i patrzy, jak inni coś robią – podkreśla prowadząca projekt. – To jest normalna, choć oczywiście dostosowana do możliwości, praca w gospodarstwie. W zamian osoba dojrzała zyskuje coś, czego w mieście często jej brakuje: poczucie sprawczości, bycia potrzebnym, bliski kontakt z naturą i dobre, zdrowe jedzenie.​ Pilotaż projektu obejmuje dziesięć gospodarstw rolnych i dziesięciu rezydentów – seniorów, którzy spędzą dwa tygodnie w gospodarstwie u rolników. Zanim jednak do tego dojdzie, obie strony muszą się poznać i przełamać pierwsze lody. Temu służyło długie, całodniowe szkolenie integracyjne, podczas którego powstawały pierwsze pary – konkretne gospodarstwo i konkretna osoba starsza.​ – Zdarzało się, że pięć osób chciało jechać do tej samej rolniczki, bo tak świetnie się zaprezentowała – mówi nasza rozmówczyni. – Ale nie chodzi o to, by całkowicie przeorganizować życie gospodarstwa. To ma być włączenie seniora w istniejący rytm, a nie rewolucja.​ Co senior robi na wsi? Praca seniora w gospodarstwie nie jest przypadkowa. Każdy rolnik wspólnie z rezydentem przygotowuje plan zadań – uwzględniając jego możliwości, zdrowie, doświadczenie i zainteresowania.​ – W jednym gospodarstwie senior założy ogródek warzywny, na co już namawia rolniczkę – opowiada Celina Maciejewska. – W innym będzie pomagał przy zwierzętach: podawał wodę i karmę, spędzał z nimi czas, oswajał je z obecnością obcych, bo część z nich ma docelowo pełnić funkcję zwierząt terapeutycznych.​ Gdzie indziej zadaniem może być pomoc przy uprawach szklarniowych, zbieraniu roślin, porządkowaniu sadu, przenoszeniu i układaniu gałęzi po cięciu drzew. Zdarzają się też zadania bardziej domowe – jedna z rolniczek marzy, by ktoś ugotował ciepły obiad wtedy, kiedy ona sama nie ma na to czasu.​ – To nie są rzeczy na niby. To realna, potrzebna w gospodarstwie praca, którą trzeba wykonać. Senior nie jest obciążeniem, tylko partnerem. On wkłada swój wysiłek, doświadczenie, umiejętności, a w zamian dostaje pobyt w żywym gospodarstwie, relacje i zdrową żywność prosto z pola.​ Do projektu zgłosili się bardzo różni ludzie. Część seniorów wychowała się na wsi, ale od lat mieszka w mieście i nie ma już na co dzień kontaktu z rolnictwem. Inni to mieszczuchy, którzy wieś znają wyłącznie z wyobrażeń i ogródków działkowych. – Na etapie rekrutacji bardzo jasno pokazywaliśmy, że to jest ciężka praca, a nie dwa tygodnie wakacji – zaznacza prowadząca.​ Zaskakująca okazała się też struktura uczestników: po stronie rolników zgłosiły się prawie wyłącznie kobiety – aktywne społecznie rolniczki, angażujące się w życie lokalnych społeczności. Po stronie seniorów proporcje kobiet i mężczyzn okazały się niemal równe.​ – Wszyscy powtarzają, że mężczyźni znikają po przejściu na emeryturę, że ich nie widać w działaniach społecznych. A tu okazało się, że bardzo wielu panów chce po prostu konkretnej pracy. To dla mnie ważny sygnał: w dojrzałym wieku często nie brakuje sił, tylko okazji, by je sensownie wykorzystać – zauważa Celina Maciejewska. Pilotaż pod okiem naukowców „Rezydencje dobrostanu” to nie tylko społeczny eksperyment, ale i projekt z zapleczem badawczym. Pilotaż, który będzie trwał sześć miesięcy, ma dać odpowiedź na kluczowe pytanie: czy pobyt i praca w gospodarstwie rolnym realnie poprawiają dobrostan seniorów.​ – Nie chcemy opierać się wyłącznie na wrażeniach czy obserwacjach, choć te są bardzo pozytywne już na etapie rekrutacji. Dlatego badamy poziom różnych hormonów, m.in. dopaminy i kortyzolu, które pozwalają ocenić poziom stresu i poczucie szczęścia – podkreśla organizatorka. Seniorzy przechodzą badania dwa razy: tuż przed wyjazdem na wieś oraz bezpośrednio po zakończeniu pobytu. Do tego dochodzą testy psychologiczne, oceniające subiektywne poczucie dobrostanu. W trakcie całego projektu prowadzone jest też tzw. mikrotestowanie – zespół regularnie zbiera uwagi od seniorów i rolników, na bieżąco modyfikując rozwiązania organizacyjne.​ – Cały czas powtarzamy: to jest pilotaż. Jeśli relacja się nie klei, jeśli ktoś źle się czuje, jeśli wyjdzie na jaw np. alergia, o której nikt nie wiedział – zawsze można przerwać pobyt i rozwiązać umowę. Nikogo nie zmuszamy do dotrwania do końca za wszelką cenę– mówi nasza rozmówczyni. Zgodnie z harmonogramem, dwutygodniowe pobyty seniorów w gospodarstwach ruszą po Wielkanocy, a do końca maja powstanie raport końcowy wraz z opisem całej innowacji: krok po kroku, z narzędziami, które się sprawdziły, i tymi, które trzeba było porzucić lub zmienić. Materiały trafią m.in. na stronę projektu „Generator innowacji. Sieci wsparcia 3”, gdzie publikowane są rozwiązania poprawiające jakość życia osób starszych.​ – Marzymy o tym, że jeśli wyniki będą dobre, Ministerstwo przyjrzy się temu bliżej i być może powstaną programy, które pozwolą takie rezydencje upowszechnić. Ale nawet jeśli to się nie wydarzy od razu, relacje zawiązane w pilotażu mogą żyć własnym życiem. Już dziś słyszę od seniorów, że chętnie wróciliby do „swojego” rolnika po zakończeniu projektu. – mówi. Samotność, sprawczość i pomoc w gospodarstwie Projekt może być odpowiedzią na dwa równoległe kryzysy: samotności seniorów i braku rąk do pracy w gospodarstwach.​ – Samotność jest w gruncie rzeczy chorobą cywilizacyjną późnego wieku – mówi nasza rozmówczyni. – W Łodzi, gdzie pracuję jako rzeczniczka ds. seniorów, ogromna część starszych kobiet żyje samotnie, często w gorszej sytuacji ekonomicznej niż małżeństwa z dwiema emeryturami. Jednocześnie rolnicy niemal zawsze potrzebują pomocy – czy to przy obiedzie, czy przy odkręceniu kranów nawadniania, czy przy drobnych pracach w sadzie.​ Projekt wyraźnie przełamuje stereotyp seniora jako wyłącznie odbiorcy opieki. – Wielu ludzi myśli: „Senior na wsi? Przecież trzeba będzie się nim opiekować, pilnować go, żeby nic mu się nie stało.” A my mówimy: nie, tu przyjeżdża osoba sprawna, która chce pracować. To nie jest ciężar, to jest zasób.​ To myślenie idzie zresztą w parze z szerszą zmianą obrazu starości. Coraz częściej widzimy osoby po sześćdziesiątce i siedemdziesiątce, które zaczynają studia, robią doktoraty, angażują się w działalność społeczną. Kiedyś po sześćdziesiątce czekało się na kres życia, dziś coraz więcej osób świadomie planuje kolejne dwadzieścia lat życia, szukając wyzwań i sensu – zauważa rozmówczyni.​ W tym sensie „Rezydencje dobrostanu” są nie tylko pilotażem usługi, ale też projektem, który ma pokazać rolnikom, że osoba starsza może być partnerem, a nie wyłącznie obiektem troski. Seniorom zaś, że ich doświadczenie i kompetencje są realnie potrzebne.​ – Bardzo zależy nam na równowadze – mówi prowadząca. – W tym projekcie seniorzy są ważni, ale równie ważni są rolnicy. Rzeczniczka seniorów: od skarg po warsztaty Rozmowa o „Rezydencjach dobrostanu” naturalnie prowadzi do drugiej roli naszej rozmówczyni – rzeczniczki ds. seniorów w Łodzi. To stanowisko, w którym łączą się funkcje reprezentowania interesów osób starszych na zewnątrz oraz bardzo konkretna, codzienna praca z pojedynczymi ludźmi.​ – Senior może przyjść do mnie z ulicy – tłumaczy – opowiedzieć o swoim problemie, jeśli dotyczy on funkcjonowania w mieście. Czasem jest to kwestia medyczna, wtedy odsyłam do rzecznika praw pacjenta. Czasem problem prawny – wtedy kieruję do nieodpłatnej pomocy prawnej. Pomagam też pisać pisma, wskazuję właściwego urzędnika lub dzwonię w imieniu danej osoby.​ Ale spora grupa seniorów trafia do rzeczniczki z zupełnie inną potrzebą: chcą coś robić, realizować własne pomysły, ale brakuje im zasobów – sali, kontaktów, czy parasolowej instytucji. – Przychodzą do mnie np. panie, które prowadzą warsztaty profilaktyki nietrzymania moczu, szukając miejsca, gdzie mogłyby je organizować – opowiada. – Albo grupy chcące złożyć projekt w konkursie grantowym potrzebujące wsparcia merytorycznego czy medialnego.​ Jako psycholożka i rzeczniczka sama prowadzi liczne działania profilaktyczne dotyczące chorób otępiennych, aktywności społecznej, troski o mózg i sprawność poznawczą w wieku 40+ i później. – Wciąż panuje przekonanie, że problemy z pamięcią są czymś oczywistym w starości, czymś, co trzeba po prostu przyjąć – mówi. – A ja powtarzam: wiek jest tylko czynnikiem ryzyka. Możemy bardzo wiele zrobić, by ten spadek był powolny i nie musiał prowadzić do otępienia.​ W pracy rzeczniczki ważny jest też obszar zdrowia psychicznego. Nasza rozmówczyni z dużym uznaniem mówi o projektach, takich jak szkoły zdrowienia czy Fundacja Otwartych Seminariów Filozoficzno Psychiatrycznych, gdzie osoby starsze z doświadczeniem kryzysu psychicznego pełnią rolę samorzeczników.​ – Na szkoleniu słuchałam siedemdziesięcioletniej pani z chorobą dwubiegunową, która opowiadała o wieloletnim zmaganiu się z brakiem diagnozy i wsparcia – wspomina. – To było poruszające. Dla osób w podobnej sytuacji rozmowa z kimś, kto zna problem z autopsji, bywa ważniejsza niż pięć minut u lekarza, który tylko wypisuje receptę.​ Wszystkie te wątki – zdrowie fizyczne, psychiczne, samotność, aktywność społeczna – splatają się w jednym pytaniu: jak sprawić, by rosnąca grupa seniorów nie była postrzegana jako obciążenie, lecz jako świadoma, sprawcza część społeczeństwa.​ – Myślę, że „Rezydencje dobrostanu” są jedną z odpowiedzi – mówi na koniec Celina Maciejewska. – Jeśli choć kilka par senior–rolnik z tego pilotażu zostanie ze sobą na dłużej, jeśli ktoś znajdzie „swoją” wieś, do której będzie wracał, to już jest sukces. A jeśli do tego powstanie ogólny program, który pozwoli takie pobyty powielać w całej Polsce – to znaczy, że zrobiliśmy coś naprawdę ważnego. Źródło: https://witrynawiejska.org.pl/2026/03/16/seniorzy-z-miasta-na-wsi-u-rolnikow-dwa-tygodnie-wspolnej-pracy-zamiast-samotnosci/ Czytaj dalej

Lany Poniedziałek – tradycja, radość i symbol odnowy

Drugi dzień Świąt Wielkanocnych, powszechnie znany jako Lany Poniedziałek lub Śmigus-Dyngus, to jedno z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych świąt w polskiej tradycji. Choć dziś kojarzy się głównie z polewaniem wodą i dobrą zabawą, jego korzenie sięgają dawnych obrzędów ludowych, w których woda miała znaczenie symboliczne i oczyszczające. Skąd wzięła się tradycja? Zwyczaj Śmigusa-Dyngusa wywodzi się jeszcze z czasów przedchrześcijańskich. Wówczas woda była symbolem życia, odrodzenia i siły natury budzącej się po zimie. Obrzędy polewania wodą miały zapewnić zdrowie, płodność oraz urodzaj. Z czasem tradycje te zostały włączone do kultury chrześcijańskiej i zaczęły towarzyszyć świętowaniu Zmartwychwstania. Pierwotnie „śmigus” oznaczał smaganie gałązkami wierzby, natomiast „dyngus” wiązał się z wykupywaniem się od tego zwyczaju drobnymi podarunkami, najczęściej pisankami. Z biegiem lat oba obrzędy połączyły się w jedną formę – radosnego polewania wodą. Woda, która łączy Lany Poniedziałek to przede wszystkim święto radości, wspólnoty i luzu po czasie powagi Wielkiego Tygodnia. W wielu domach i miejscowościach to dzień spotkań rodzinnych, odwiedzin i wspólnego spędzania czasu. Na wsiach zwyczaj ten miał szczególny charakter. Młodzi chłopcy odwiedzali domy, polewając wodą dziewczęta – co było nie tylko żartem, ale i formą zalotów. Im bardziej ktoś był oblany, tym większym cieszył się zainteresowaniem. Choć dziś ten zwyczaj przybrał bardziej symboliczny i uniwersalny charakter, nadal niesie ze sobą nutę beztroski i śmiechu. Między tradycją a współczesnością Współcześnie Lany Poniedziałek bywa obchodzony w różny sposób. W miastach często ogranicza się do symbolicznego pokropienia wodą, natomiast w mniejszych miejscowościach i na wsiach nadal można spotkać bardziej żywiołowe formy świętowania. Warto jednak pamiętać o umiarze i szacunku dla innych – tradycja powinna łączyć, a nie sprawiać dyskomfort. Coraz częściej podkreśla się, że polewanie wodą powinno być formą zabawy, na którą wszyscy się zgadzają. Głębsze znaczenie Choć Lany Poniedziałek ma lekki i radosny charakter, jego symbolika jest głęboka. Woda, jako znak oczyszczenia, może być dla nas przypomnieniem o nowym początku, który przynosi Wielkanoc. To zaproszenie, by zostawić za sobą to, co trudne, i wejść w codzienność z nową energią i nadzieją. W świecie pełnym pośpiechu takie momenty wspólnej radości są szczególnie cenne. Pozwalają zatrzymać się na chwilę, uśmiechnąć i być razem – z rodziną, sąsiadami, bliskimi. Tradycja, która trwa Lany Poniedziałek to piękny przykład tego, jak dawne obyczaje mogą przetrwać i odnaleźć się w nowoczesnym świecie. Łączy pokolenia, przypomina o korzeniach i wnosi do świątecznego czasu element lekkości i spontaniczności. Bo choć zmieniają się czasy, jedno pozostaje niezmienne — potrzeba radości, bliskości i świętowania życia. A czasem wystarczy do tego… odrobina wody. Czytaj dalej

Trwa przekierowywanie...

Trwa przetwarzanie ...

Twój kłos został poprawnie oddany!

Twój kłos został usunięty!

Wystąpił błąd podczas kłosowania. Twój kłos nie został oddany!

Plik jest zbyt duży, dozwolona wielkośc to max 10MB.

Aktualnie trwa modernizacja sklepu.
Zapraszamy już wkrótce!

Korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Dalsze korzystanie z naszego serwisu internetowego, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje stosowanie plików cookies.

Zamknij